sobota, 20 grudnia 2014

Wywiad z Anną Sokalską + wyniki konkursu!

Kochani!  Dziś pragnę Wam przedstawić bardzo ciekawy, po trosze kontrowersyjny, wywiad z Anną Sokalską. Kto według autorki "Mojej ukochanej zmory" zadał najciekawsze pytanie i wygra swój własny egzemplarz książki? Przeczytajcie! :)


Mała Pisareczka:  
Jakie książki szczególnie wpłynęły na obecny światopogląd, na życie? 
W największym stopniu te (popularno)naukowe - czy to podręczniki w szkole, czy pozycje, które kupowałam z własnej ciekawości. W pierwszej kolejności wymienię biologię - głównie w zakresie fizjologii, endokrynologii, genetyki, psychologii - czyli wszystko to, co składa się na determinanty ludzkich wyborów. Na drugim miejscu - informatyka. W liceum chodziłam do klasy matematyczno-informatycznej, i choć daleko mi do orła programowania, to fascynuje mnie możliwość opisania świata przy pomocy syntetycznego języka, który w pewnym momencie z bardziej "ludzko" brzmiących składni i poleceń przeradza się w znane wszystkim "zera i jedynki". Uważam precyzyjny język za ciekawszy niż kwieciste opisy - nie narzuca on Czytelnikowi żadnej poetyki, pozostawia pole do wypełnienia treści własnymi wyobrażeniami, ocenami i uczuciami. Co do literatury pięknej - bo to z pewnością niej dotyczy pytanie - muszę zawieść oczekiwania. Przede wszystkim, w pewnym momencie przestałam być fanką czytania. Książki mnie rozczarowały - okazały się tylko rozrywką, w moich oczach upadł mityczny, archetypowy wzorzec książki jako wrót do tajemnej wiedzy, niesamowitego uwrażliwienia i wewnętrznej przemiany. Niestety, rzeczywiste życie uwrażliwia dużo mocniej i wątpie, by jakakolwiek książka opisując rozgrzane żelazko potrafiła przygotować do bólu (albo pomóc w zniesieniu go), jaki w rzeczywistości wywoła zatknięcie się z rozpalonym metalem. Ale jeśli mam podawać nazwiska, to lubię sięgać po F. Dostojewskiego czy H. Murakamiego - choć nie ze względu na fabuły czy przesłania, ale ich "klimat". Na mojej półce "ulubionych" jest też miejsce dla J.R.R. Tolkiena czy J.K. Rowling - tym razem nie dla klimatu, lecz dobrze skonstruowanej rozrywki. Jednak w moją kiepską pamięć najbardziej zapadły historie H.P. Lovecrafta - "Kolor z innego wszechświata", "Szepczący w ciemności", "W górach szaleństwa", "Widmo nad Innsmouth", "Cień spoza czasu". Powód? Główni bohaterowie to ludzie nauki, poważni i spokojni, ale ich wiedza zostaje wykpiona - a z nią cała ludzkość.
Wobec tego, co napisałam, pewnie może zrodzić się pytanie - dlaczego piszę? Właśnie dlatego - nie znalazłszy książki dla siebie, a zamiast tego odnajdując jakąś lukę, postanowiłam spróbować ją wypełnić; wypośrodkować pomiędzy przesłaniem a rozrywką, między literaturą "wysoką", przeintelektualizowaną, a "niską", plotkarską, choć zdaję sobie sprawę, że grozi to trafieniem w nijaką między-przestrzeń.
Zdaniem pani - jakie książki powinno się czytać jako lektury szkolne? Myślę, że w gimnazjum powinno być jak najwięcej książek dowolnych - byle z czytaniem oswoić, przyzwyczaić do niego i ostatecznie uczynić przyjemnym. Jeśli młodzież się "rozczyta", w odpowiednim momencie sama sięgnie po poważniejszą literaturę. W liceum, jestem jak najbardziej za tym, żeby edukować w zakresie historii literatury - że był wiek taki i śmaki, styl jeden, drugi, trzeci, że wiązało się to z taką a taką przemiana myślową w społeczeństwie i odzwierciedlało jakiś moment historyczny. Taki "kurs" jednak, zamiast stanowić większość tematów lekcji, mógłby zostać przeprowadzony krótko, sprawnie, a poprzez stawianie intrygujących pytań, zaciekawić do samodzielnego szukania literatury z wybranego okresu. Konkretne tytuły, które "wypada" znać, bo są tak zwana klasyką (i dobrze reprezentują główny nurt danego okresu) można spokojnie streścić, omówić pod kątem "krytyczno-literackim" (jaki pisarz miał styl, dlaczego i jak to się odnosi do innych epok), i ewentualnie przeczytać fragment, aby na własne oczy zobaczyć jak żaba wygląda w środku. Nie widzę jednak powodu, by każdy uczeń musiał przeczytać np. "Lalkę" od deski do deski. Jeśli się nią nie zainteresuje, treść zwyczajnie nie zapadnie mu w pamięć - czas poświęcony na przeczytanie takiej niechcianej lektury (albo inne wybrnięcie z problemu) będzie czasem straconym, a jedyne informacje, które nauczyciel wtłoczy uczniowi do głowy sprawdzianem mogły być równie dobrze przedstawione w ciągu 20 minut sprawnego wykładu. 

Co jednak z pozostałym czasem lekcyjnym? Kreatywność. Uczniowie powinni sami wybierać czytane tytuły, następnie omawiać je - w formie prezentacji, referatów, tworzenia "reklamy", za pomocą której mieliby nakłaniać kolegów do przeczytania tej właśnie pozycji. Dodałabym też więcej strony aktywnej - pisania własnych tekstów, czy to krótkich opowiadań, czy szkiców fabularnych, a nie tylko powtarzania schematów interpretacyjnych podawanych w podręczniku.
Elenkaa _: 
Skąd pani zaczerpnęła pomysł na książkę?
Odpowiadając wprost, musiałabym zdradzić treść posłowia zamykającego "...zmorę". Pozwolę wiec sobie napisać z pomocą bawełny. Zainspirowała mnie postać, którą przedstawiłam w jednym z opowiadań składających się na moją debiutancką książkę ("Melodia końca świata"). Pisałam tam między innymi o aniołach i podróżach do innych wymiarów; teraz chciałam w takie klimaty powrócić, jednocześnie mając dwa cele do spełnienia. Pierwszym było wykorzystanie polskiego folkloru - bardzo mi brakuje rozrywkowej eksploatacji różnych ludowych motywów (dlatego też podejmuje je znów w nadchodzącej książce - tym razem grubszej). Bardzo, bardzo bym chciała folklor "odsiarczyć" - żeby siarą nie były ani ludowe stroje, ani ludowe pieśni, ani ludowe święta. Żeby topienie Marzanny nie było tylko atrakcją w szkole podstawowej, ale ogólnopolską, kolorową imprezą, żeby na ulicę - może nie na co dzień, ale przy jakichś "okazjach" - ubrać się w regionalny, tradycyjny strój, tak, jak w Japonii na koncerty rockowe idzie się w kimonie a w Korei Południowej na święta ubiera się hanbok. Oczywiście takie rewelacje nie staną się za sprawą jednej "...Zmory", ale może po napisaniu kilku nawiązujących do polskich tradycji książek mógłby wykiełkować takiż #trend.
Drugim celem do osiągnięcia była krótkość. Brakuje mi krótkich książek i jestem przeciwna stwierdzeniu, że dobra książka to tylko ta gruba. Chciałam napisać coś krótkiego, lekkiego, na jeden wieczór, mogącego być alternatywą dla wieczoru z filmem lecącym na przypadkowym kanale. Taka "misja" miała rzecz jasna swoje konsekwencje - założenie, że nie przekroczę 100 stron, przełożyło się wprost na konstrukcję fabuły. Starałam się maksymalnie zawrzeć ją w formie streszczenia (tylko w najważniejszych momentach rozwijając sceny), ale mimo to musiała utracić pewne wątki. Zdecydowałam się jednak nie przeciągać, a zwroty akcji i mnożące się wątki zostawiłam sobie na kolejną książkę. Właściwie "...Zmorę" można traktować jako preludium większego utworu utrzymanego w tej samej tonacji ("a tytuł jego "N* p** u***").
Co pani czuła widząc swoja pierwsza książkę na półce w księgarni? Ojej, już nie pamiętam... Pewnie się cieszyłam i czułam satysfakcję, że ciężka praca - bo napisać książkę, jeśli chce się to zrobić rzetelnie, nie jest łatwo - została zwieńczona.
Ciekawsze od takich sentymentów jest według mnie to, co nazywam "depresją poporodową". Na szczęście nie występują u mnie żadne symptomy składające się na prawdziwą depresję poporodową, ale po zakończeniu pracy nad książką tekst - nie chciałabym tu zabrzmieć ani dramatycznie, ani przesadnie - ale tekst jakby odrywa się ode mnie. Pisząc, naturalnie jestem zespolona z tworzoną historią, myślę nad nią, dopracowuje szczegóły i tak dalej. Po zakończeniu zrywa się kontakt zarówno emocjonalny jak i intelektualny. Wyszło jak wyszło, jest po romansie i nie ma już do czego wracać. Clean cut. Owszem, pozostaje jakaś pustka, bo nagle X godzin, które dziennie poświęcałam pracy pisarskiej, teraz trzeba zagospodarować w inny sposób (na szczęście zajęcie zawsze się znajdzie). Jest też niepewność - co dalej? Po każdej książce powtarzam sobie, że to już ostatnia, że nigdy więcej, ale już po krótkim czasie zaczyna się przygoda z kolejnym tekstem.
cyrysia
Co Panią skłoniło lub zainspirowało do napisania historii "Moja ukochana zmora"?
Odpowiedziałam już w poprzednim pytaniu i podejrzewam, że wszyscy będą szczęśliwi, jeśli się nie powtórzę :D
Lustro Rzeczywistosci
"Moja ukochana zmora" jest dla Pani tylko małym, spełnionym marzeniem, czy może czymś więcej?  
W większości nie mam marzeń, tylko cele - wiem, teraz piszę niczym autor podręcznika automotywacyjnego, ale banały nie bez powodu są często powtarzane. Nie bez powodu też marzenia spełniają "się" zaimkiem zwrotnym - zakłada to brak udziału podmiotu marzącego. Cele zaś się osiąga i wszystko, co traktujemy poważnie powinno być desygnatem nazwy "cel". Przyznaję - nie zakładam, że utrzymam się z pisarstwa, ale z drugiej strony nie poświęcam całych tygodni pracy z myślą, że tylko od Losu zależy efekt końcowy. Rynek książki jest bardzo trudny - w Polsce pod niektórymi względami nawet dodatkowo usłany kłodami. Nigdy z resztą nie był prosty. Wielu pisarzy, obecnie docenianych, za życia funkcjonowało na czytelniczym marginesie, a mimo to tworzyli dziesiątki tekstów - z których teraz, mimo uznania po latach, i tak czytane jest tak naprawdę jedno, "uznane za najwybitniejsze". Książki nie bronią się same, jak często się tego od nich wymaga, tylko bronią ich czytelnicy, krytycy/ dziennikarze, trendy, czas zmieniający perspektywę i jak zwykle pewien procent przypadku. Podobnie jest z muzyką, obrazami, filmami...
Co Panią najmocniej inspiruje? Nie wiem, czy byłam tego zawsze świadoma, ale chyba w okolicach "Kodu źródłowego" zdałam sobie sprawę, że w każdej mojej książce pojawia się motyw śmierci, czy w ogóle jakiegoś "końca" - choć zawsze w towarzystwie cichej nadziei (w przeciwieństwie np. do wspomnianego przeze mnie H.P. Lovecrafta, który bezlitośnie doprowadza nas do obłędu). Jest to - po miłości - drugi najpopularniejszy motyw, jaki mogłam sobie wymyślić i przyznaję się do braku oryginalności, ale cóż poradzić - z wszystkich spraw na świecie, umieranie nadal pozostaje najbardziej intrygującą (przynajmniej według mnie). Wszystko można jakoś tam sobie wytłumaczyć, czy to na chłopski czy gentlemański rozum, ale ilekroć wyobrażam sobie, że sobie nie wyobrażam - że gdzieś znikam, że mnie nie ma... że... no właśnie... czuję, że mój procesor się zacina i bardzo mnie to frustruje. I jak na homo sapiens przystało, drążę temat, a efekty są takie, jakie widać - raz bardziej dramatycznie ("Kod źródłowy"), innym razem jako tło ("Stuk, stuk" w "Melodii końca świata"), a jeszcze innym w zderzeniu z elementem komediowym ("Moja ukochana zmora").
nieidentyczna:
Wielu ludzi obecnie stwierdza, że rzadko czyta książki. Są wśród nich i tacy, którzy w ciągu roku nie przeczytają ani jednej. Jak Pani myśli, czy możliwe jest pełnowymiarowe i pełnowartościowe życie bez literatury? Czy istnieje jej jakiś dobry zamiennik?  
Jak już pisałam wyżej, czytam mało. Najwięcej czytałam w okresie szkoły podstawowej i gimnazjum; w liceum głównie lektury (i broń Boże - nie wszystkie) oraz kilka książek, które gdzieś sobie na różnych motywach wyszukałam. Na studiach główną lekturę stanowiły podręczniki i notatki - tutaj czuję się usprawiedliwiona faktem, że płynące jak nieskończone galaktyki strony na jeden temat, usłane gwiazdeczkami liter w rozmiarze czcionki przeznaczonym dla dzielnych mrówek skutecznie zniechęcają do szlachetnej rozrywki czytelnictwa. Oczywiście, "coś" z literatury pięknej i ambitnej czytałam - ale statystyczna ilość stron na miesiąc nie jest zbyt imponująca. Swoje barbarzyństwo głównie więc ukulturalniałam pisaniem własnych książek i jako drugą linię obrony podam, że dla mnie jako pisarza "nieczytanie" jest tyle dobre, że nie przesiąkam stylem innych pisarzy.
Odpowiadając na dalszą część pytania - to zależy od tego, jak zdefiniujemy cel książki. Pierwszym jest przekazywanie wiedzy - to oczywiście można zastąpić, choć od zapisu graficznego nie uciekniemy (bo jest zwyczajnie wygodniejszy i bardziej zwięzły; filmy edukacyjne albo prowadzenie własnych doświadczeń jest bardziej czasochłonne). Drugim jest rozrywka - tu równie dobry jest film, teatr, muzyka, komiks, wizyta w muzeum albo spotkanie towarzyskie; co kto lubi. Każdy z tych sposobów ma swoje akcenty - obraz, dźwięk, uczucia występują w innych proporcjach. Jeśli głównym motorem rozrywki jest akcja, można ją równie dobrze przekazać przy pomocy filmu jak i książki. Ale jak wszędzie, i tu są skrajności. W filmie ciężko przekazać całe tyrady wypowiadane przez bohaterów, opisać wszystkie ich subiektywne uczucia - "Bracia Karamazow" w filmie tracą. Z kolei w książce nie da się tak szybko zestawić skomplikowanych graficznie ujęć różnych miejsc - oczywiście można snuć opisy, ale to niszczy dynamikę. Film "Baraka" (R. Fricke) jest praktycznie nieprzenoszalny na zapis słowny. Są więc przypadki, gdy medium jest drugorzędne, a są takie, gdy wybór jest krytyczny dla przekazu.
Nie oznacza to jednak, że nie da się żyć bez literatury pięknej - być może jej brak pozwoliłby/ zmusiłby do większego skupienia na realnych historiach, na wykształceniu wrażliwości autentycznej, a nie zbudowanej na "niewłaściwych" książkach - bo grafomańskich, nierealistycznych, nadętych. Pamiętajmy, że nie wszystkie książki są "dobre", a nawet "dostateczne" - a mimo to powstają, ukazują się i bywają czytane, kształtując swoich odbiorców. Może i trochę w tej chwili przesadzam, ale nie podoba mi się gloryfikowanie literatury jako medium, a traktowanie innych środków przekazu jako o co najmniej poziom niższych. 300 lat temu nie było kin, więc były książki. Jeszcze wcześniej nie było książek, więc były przekazy ustne albo kosmici rysowani kredą na kamieniach. Ludzie zawsze dzielili się historiami, bo były albo rozrywką, albo nauką społeczno-emocjonalną. I jak każdy wytwór ludzkiego umysłu, opowieści mają swoje pozytywne i negatywne skutki, niezależnie od tego, czy są zamknięte w literach czy ruchomych obrazkach.
Proszę dokończyć zdanie: „Dobry pisarz to…” Ten, który wie, po co pisze i cel ten potrafi sprawnie zrealizować. Czy pisze po to, żeby czegoś nauczyć? Żeby pokazać jakiś pomijany, a istotny problem? Żeby wywołać śmiech na koniec ciężkiego dnia? Żeby sprowokować do płaczu i melancholii w czasach ciągłego pędu i poszukiwania przyjemności? Żeby dać zajęcie na 3 godziny? A może aby stworzyć świat, do którego będzie można wracać wiele razy, gdy tylko codzienność stanie się zbyt nużąca? Żeby dotrzeć do wielu, dobrze się sprzedać i zarobić pieniądze? A może pisze dla sztuki, dla eksperymentu z formą tekstu, poszukując innych form wyrazu? I tak dalej. Najgorsze jest pisanie całkiem przez przypadek, ale na szczęście takie próby samoistnie urywają się gdzieś w połowie, bo skoro nawet autor nie wie, dokąd zmierza, to nic dziwnego, że całość utyka w martwym punkcie.
Wonderland OfBook:
Zawsze była Pani pewna, że chce wydać tę książkę? Czy trafiały się Pani chwile zwątpienia? 
Mój proces pisania wygląda tak, że najpierw myślę nad ogólną koncepcją, potem nad fabułą, następnie nad formą narracji, która według mnie będzie najbardziej odpowiednia do treści (jej ciężaru emocjonalnego i skomplikowania wątków), a na koniec - wiedząc już co i jak: piszę. Jeśli pomysł przebrnie przez etap pierwszy i drugi, to reszta jest jakiegoś rodzaju formalnością. Nie zaczynam pisać czegoś, czego nie mam dobrze przemyślanego i na wstępie rozpisanego do samego końca. Zwyczajnie szkoda mi czasu i energii na pisanie z ryzykiem, że na stronie 137. dojdę do wniosku, że wszystko kupci się nie trzyma, jest pozbawione sensu i jakiejkolwiek przyszłości. Jeśli potencjalna historia załamuje się na etapie planowania fabuły, to w ogóle nie jest jej dane ujrzeć edytora tekstu.
Uważam, że "...Zmora" dobrze spełnia swoje założenie - jest krótka, lekka, przyjemna, ma swoje momenty niepokoju. Streszczeniowo-scenariuszowa narracja może nie każdemu się podobać, sama miałam początkowo problem z przestawieniem się na taki styl, ale potem z kolei miałam kłopoty, by powrócić do "klasycznej" formy.
Zawsze chciała być Pani pisarką? Wolałabym kręcić filmy albo rysować komiksy (a w ogóle najchętniej to tworzyć muzykę), ale pisanie jest tańsze, szybsze i łatwiej dostępne... Z pomocą tego czy innego medium chcę jednak opowiadać historie - mam taką wewnętrzną potrzebę, przysięgam, jak siebie kocham, że staram się z nią walczyć, odrzucając każdy pomysł, który wyda mi się choć trochę zbyt wtórny, zbyt nudny lub zbyt męczący dla obu stron, ale - jak napisałam wyżej - w końcu zawsze jakaś opowieść mnie dopadnie i nie da spokoju, dopóki jej nie napiszę. Jest to z resztą bardzo podobne do potrzeby przeczytania książki (lub obejrzenia filmu itd) - jakby nie patrzeć, na wstępnym etapie znam tylko gatunek i "zajawkę". Siadając nad książką, rozpisując jej bohaterów i kolejne wydarzenia, jestem w jakimś sensie jej pierwszym czytelnikiem i mam nawet większą frajdę, bo znam więcej potencjalnych rozwiązań i mogę przy nich majstrować tak, jak mi się podoba (w granicach rozsądku... choć czasami też i poza, hyhyhy)
Adriana B:
Może pytanie czysto abstrakcyjne, ale jak Pani uważa, których czytelników konkretnego gatunku jest najwięcej w Polsce? Nie prowadziłam badań ani też żadnych w tym temacie nie znam, więc odpowiem tylko na podstawie mojej wyobraźni/ intuicji. Kto czyta? Studenci albo nieco młodsze dzieci - i z natury swojego wieku zwykle wybierają bajki (czyli szerzej lub węziej pojęte fantasy). Później mamy ludzi pracujących - albo bardziej przytłoczonych życiem, i ci pewnie szukają odskoczni w romansach lub innych kryminałach (tu pewnie płeć trochę zmienia układ procentów na rzecz jednych lub drugich), albo tych o trochę mniejszej ilości stresów, którzy maja siłę poczytać literaturę poważniejszą, bardziej depresyjną, bez ryzyka, że całkiem ich załamie - i ci mogą kupować albo to, co nazwę cięższą klasyką (vide Dostojewski, Kafka) albo rozmaite reportaże, "literaturę faktu" lub pozycje powiązane z wykonywanym zawodem. Na pewno w okolicach Świat Bożego Narodzenia wzrasta zainteresowanie biografiami i książkami kucharskimi.
Nie chcę nikogo krzywdzić taką "analizą" - na pewno istnieją studenci czytający kryminały i kobiety/mężczyźni sukcesu czytający fantastykę. Na pewno też niejeden informatyk-programista czyta "Annę Kareninę", która poza występowaniem w tekście średnika niewiele ma wspólnego z programowaniem. Statystyka - jak to statystyka - mówi bardzo dużo o abstrakcyjnym ogóle, ale rzadko kiedy trafnie opisuje pojedynczą, konkretną jednostkę i jakiekolwiek próby generalizacji są dużym uproszczeniem.
Katniss Everdeen:
Czy jacyś ludzie mieli wpływ na pani twórczość? Zmienili w niej coś lub zasiali kompletny zamęt? 
Nie. Przede wszystkim, nie mam osobistego kontaktu z kimkolwiek, kto by "aktywnie pisał", że tak to określę. Poza tym, do każdej książki gruntownie się przygotowuję, wiem, co chce osiągnąć i jakimi sposobami; wiem też, o czym piszę, bo staram się możliwie jak najbardziej poszerzyć swoją wiedzę tam, gdzie książka tego wymaga.
Dlatego też krytykę moich prac - jak wcześniej napisałam - traktuje jako cenne wskazówki, ale wątpię, by czyjekolwiek zdanie mogło "zasiać kompletny zamęt". Proszę nie myśleć, że kieruje mną bezczelna arogancja - raczej arogancja zbudowana na solidności i świadomych wyborach. Gusta są różne, mnie też nierzadko nie podobają się książki, które wiele osób uważa za świetne i odwrotnie. Wiele razy też uważałam coś za bliskie ideału, by - po ponownym zapoznaniu się N czasu później, samą siebie zapytać, co mi się tak podobało? Człowiek niby lubi to, co zna, ale jednak gdzieś pierwotny odkrywca kusi, by poszukiwać nowych lądów i żyjących tam gatunków.
Uważa pani, że ludzie, którzy nigdy nie czytali książek i są z tego dumni, są godni uwagi i poświęcenia czasu na dłuższą rozmowę?
Już poniekąd na to odpowiedziałam. Rozumiem, że chodzi o beletrystykę i że nie liczymy szkolnych lektur :) Jeśli mielibyśmy znaleźć człowieka, który naprawdę nigdy żadnej książki w życiu nie przeczytał, to musielibyśmy odszukać wychowanego przez wilki pustelnika; nawet w cywilizacjach, które zachowały niski stopień cywilizacji (nieraz z wyboru) istnieje jakiś rodzaj "czytania książek", nawet, jeśli jest to ustne przekazywanie opowieści. Ale do rzeczy - są osobniki, które czytanie literatury pięknej ograniczają do minimum i którzy swojej "ignorancji" się nie wstydzą. Istnieją też na pewno analfabeci (pierwotni lub wtórni), których życie było tak niesamowite, że i bez przeczytanych książek są ciekawymi ludźmi - a może nawet i bardziej intrygującymi, niż niejeden szary zjadacz książek.
Chcę przez to wszystko napisać, że każde generalizowanie jest krzywdzące. Powinny tym bardziej zdawać sobie z tego sprawę osoby wrażliwe, oczytane, otwarte na różnorodne ludzkie koleje los. Miłośnicy fabuł, a więc związków przyczynowo-skutkowych, widząc taką osobę, powinny zadać sobie proste, ale fundamentalne pytanie: dlaczego? Nie czyta (i się tym szczyci) bo jest nadętym bufonem? Bo jest głupim ignorantem, który woli całe dnie spędzać przy konsoli, strzelając do wirtualnych wrogów? A może jakaś przemyślana idea doprowadziła go do wniosku, że nie chce być "zarażony" cudzymi myślami?
Tak, można odnieść wrażenie, że moje odpowiedzi zaprzeczają temu, co robię - piszę, ale jakby nie popieram czytelnictwa. Proszę nie zrozumieć mnie źle - jestem jak najbardziej za czytaniem, ale czytaniem krytycznym i pozbawionym złudzeń, że sam fakt czytania dokona jakichś cudów (typu: uczyni nas lepszymi ludźmi).

Rozkminy Hadyny: Gdyby Pani miała po śmierci stać się magicznym stworzeniem, w co lub kogo by się Pani zamieniła?
Wszystko jedno - sam fakt tego, że po śmierci jest jakaś kontynuacja, przyniósłby mi sporą ulgę :D Ale gdybym mogła marudzić, to albo wybrałabym zwykłego ducha, który może za darmo wejść do kina albo samolotu, albo - jeśli idziemy w stronę reinkarnacji - mogłabym być jakimś mobilnym zwierzęciem, mniejsza o szczegóły, byle móc się trochę powłóczyć i ewentualne bez wywoływania histerii wejść między ludzi (co zawęża opcje do psa, kota i gołębia). Czasem myślę, że w "poprzednim życiu" byłam cyjonem (pso-lisem, pisząc w skrócie; jakoś tak mi pasuje z paszczy i charakteru ;) ), i nie mam nic przeciwko, by znów nim być. Byle nie stworzeniem krowo-pochodnym/podobnym. Nie zniosłabym trawiastej monodiety. Przepraszam wszystkich wegetarian, wegan, frutarian, osoby żywiące się energią słoneczną i wszystkich innych niespożywających mięsa na bazie swoich przekonań - ale z mięsa nie zrezygnuję. Mam barbarzyńską grupę krwi 0, relatywnie wyraźne kły oraz jakiś rodzaj uczulenia na owoce i w mniejszym stopniu świeże warzywa... Poza tym robaczki kiedyś zemszczą się za te wszystkie kurczaki, prosiaki, rybki... A może przez 15 kolejnych żyć będę odradzać się jako kaczka/gęś/jagnię i dostanę za swoje. Bylebym nie musiała odrodzić się jako sałata...
Zna Pani jakiegoś zimnego prokuratora?
Znam więcej prawników niż radzi zdrowy rozsądek, ale w większości są to sympatyczni ludzie o temperaturze około 36°C... A całkiem serio, bo przecież rozumiem pytanie - nie, Pan Lodowiec Rafał Strzelecki nie był wzorowany na żadnym znajomym, który mi podpadł (ani takim, który mi przypadł - krótko mówiąc, jest fikcyjny).
Opisując Rafała, nie można pominąć roli stereotypu tych wszystkich paskudnych, bezdusznych, przypominających maszyny prawników. Rafał w ten stereotyp się wpisuje - jest powściągliwy emocjonalnie, skupiony, pracowity i choć cechy te w jego zawodzie z pewnością są zaletą, to poza pracą jednak jego osobowość nie zyskuje sympatii.
Wprawdzie nie każdy jest prokuratorem albo panną z bogatego domu prowadząca fundację, ale myślę, że niejeden Czytelnik i Czytelniczka odnajdzie coś z siebie z ludzkich postaci "Mojej ukochanej zmory" i niejeden po lekturze rozejrzy się - niekoniecznie nad rzeką czy stawem - by dostrzec swoją ukochaną zmorę, przyjaciela, który pomoże nabrać dystansu, przedefiniować pewne pojęcia i zweryfikować kolejność życiowych priorytetów. 

***
A kto wygra książkę? Oto krótkie uzasadnienie:
"Wszystkie pytania były interesujące - stąd tak długie odpowiedzi, ale najbardziej kontrowersyjne było według mnie pytanie Pani Katniss Everdeen o ocenę ludzi nieczytających książek i osobiście to za nie wręczyłabym wyróżnienie i nagrodę". Gratulacje! 

Dziękuję z całego serca wszystkim, którzy wzięli udział w rozmowie i zadali Annie Sokalskiej bardzo ciekawe pytanie, a samej Autorce składam ukłony za możliwość zorganizowania konkursu. DZIĘKUJĘ! 

A w Zakopanem...spadł przed chwilą śnieeeeeeg!:) Pozdrowienia! :)


18 komentarzy:

  1. Niesamowicie długi wywiad! :D
    I to się nazywa prawdziwa pisarka :)
    Gratuluję zwyciężczyni! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam pewne inne poglądy (nie, nie chodzi tylko o to, że lubię czytać), ale nie chcę wdawać się w polemikę.
    Gratuluję zwycięzcy!

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj obszerny i wyczerpujący tematycznie wywiad. Gratuluję:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Lubię takie dłuuuugie wywiady. Autorka, widać, ma wiele do powiedzenia i choć ja także nie zgadzam się z nią w całości, miło było poznać jej zdanie.
    Gratuluję zwycięzcy!

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny wywiad i jakie długie odpowiedzi! A Katniss gratuluję wygranej ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Niektóre pytania na prawdę ciekawe :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo interesujący wywiad! Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  8. Po przeczytaniu tego wywiadu, mam jeszcze większą ochotę na tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Choć nie zgadzam się z niektórymi odpowiedziami to wywiad był bardzo interesujący. :D Szczególnie odpowiedź dotycząca życia po śmierci, sałacie itd. No i zachęcił mnie do sięgnięcia po książkę. c:
    Gratulacje Katniss. ^^
    ~Księżycowa Pani

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo szczegółowe odpowiedzi. Widać, że jest "ciąg" do słowa mimo klasy matematyczno-informatycznej :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Gratuluję wygranej. Bardzo ciekawy wywiad.

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo fajnie, że zorganizowałaś wywiad:) I oczywiście gratuluję zwyciężczyni.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ciekawy wywiad, ciekawy... widziałam "Moją kochaną zmorę" u Wiktorii z Przeczytaj mnie, więc może jej nawet podkradnę, żeby zobaczyć, co tam między okładeczkami jest ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Bardzo interesujący wywiadzik :)
    Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  15. Cudownie się czytało wywiad, także dziękuję za przyjemną lekturę! :)
    I gratuluję zwyciężczyni!
    Pozdrawiam,
    Sherry

    OdpowiedzUsuń